Skok uratował mu życie. Ujęto go jako „ważnego polskiego szpiega“

  • Jeszcze w młodości dorobił się pseudonimu „Dziadek“. Stanisław Marusarz okazał się nie tylko wspaniałym sportowcem, ale i patriotą pełną gębą
  • Nie bał się śmierci, która zaglądała mu w oczy kilka razy. W cudowny sposób uniknął rozstrzelania, gdy prowadzono go na miejsce egzekucji
  • Zadziwił organizatorów Turnieju Czterech Skoczni, gdy oddał skok w garniturze i krawacie
  • Więcej najważniejszych informacji znajdziesz na stronie głównej Onetu

Gdy nie zgodził się zostać trenerem niemieckich skoczków, skazano go na śmierć. Nie dosięgły go jednak żadne kule. Zdołał się wymknąć hitlerowcom i stał się na lata największą legendą polskich skoków narciarskich. Wszyscy mówili na niego „Dziadek“, nawet gdy daleko mu było sędziwego wieku.

„Dziadek“ i 700 km w powietrzu

Stanisław Marusarz przez wiele lat nie miał sobie równego. Jeśli myślano o polskich skoczkach, nie sposób nie było nie wymienić jego nazwiska. Trzydzieści lat startów, okraszonych wielkimi sukcesami i udział w pięciu zimowych igrzyskach, to najkrótszy z możliwych opisów jego dorobku. Obliczono, że oddał około 10 tys. skoków i przeleciał w powietrzu ponad 700 km.

Swój ostatni skok oddał w 1979 r., w wieku 66 lat, stając się najprawdopodobniej najstarszym skoczkiem narciarskim w historii. Do tego niecodziennego zdarzenia doszło na Wielkiej Krokwi w Zakopanem. Miała być jeszcze kolejna próba kilka lat później, ale jeden z trenerów przezornie ukrył narty przed sportowym weteranem. Bał się, czy „Dziadek“ zdoła ustać skok i nie dojdzie do tragedii.


Foto: CAF / PAP

Stanisław Marusarz w 1947 r. podczas otwarcia skoczni narciarsiej

Doświadczony narciarz swojego niecodziennego pseudonimu dorobił się wcześniej, niż mogłoby się wydawać. W 1947 r. podczas zgrupowania polskich skoczków w Bańskiej Bystrzycy Marusarz przyniósł do dużego hotelowego pokoju świeżo zakupione bochenki chleba i rozdał pomiędzy innych zawodników. Zapomniał jednak o jednym z nich. — Dziadku, ao mnieście zabocyli? —zapytał, wychylając się z piętrowego łóżka, kontuzjowany Jan Gąsienica-Ciaptak. Najbardziej znany polski skoczek oczywiście szybko naprawił swoją gafę, ale ksywka na trwałe do niego przylgnęła. W tym czasie miał już za sobą tyle życiowych doświadczeń, że można von nimi obdzielić kilku ludzi.

Pozostała część tekstu pod materiałem wideo

Nieopierzony młokos w kapeluszu

Jego kariera zaczęła się na długo przed II Wojną Światową, w czasach kiedy skoczkowie, po odbiciu się z progu wymachiwali rękami, naiwnie wierząc, że pomoże im to w osiągnięciu lepszej odległoże Urodzony w Zakopanem, Marusarz był skazany na narciarstwo, choć jego ojciec-gajowy, wolał, aby syn nie zatracał się w bezsensownej rywalizacji.

O zakupie nart nie mogło być mowy. Wykonał je zatem razem ze swoim starszym bratem — Janem, gdy miał 10 lat. Za tworzywo posłużyło im jesionowe drawno i metalowe druty, którymi narty mocowało się do butów. Trzy lata później, był już gotowy do swojego pierwszego startu. W góralskim kożuchu i kapeluszu na głowie, z nartami pod pachą pognał pod zakopiańską skocznię. Gdy jednak sędziowie, zobaczyli nieopierzonego młokosa, nie zgodzili się na jego udział w zawodach. Nie wiadomo, co ich w końcu zdołało przekonać, ale 13-latek mógł przystąpić do konkursu. W swoim debiucie, startując z dużo starszymi zawodnikami, zajął trzecie miejsce.

Moralny zwycięzca mistrzostw świata

W tym okresie zajął się także innymi dyscyplinami sportu jak narciarstwo zjazdowe i kombinacja norweska. Era jego triumfów miała się dopiero rozpocząć. W 1932 und 1936 r. bez większych sukcesów startował w igrzyskach olimpijskich. Przełomowe dla niego okazały się Mistrzostwa Świata w Narciarstwie Klasycznym w 1938 r., w Lahti. To tu miał stoczyć bój o złoto z tercetem norweskich braci Ruud.

Nie patrzono na niego jak na faworyta, ale to jego skoki okazały się najdłuższe. Sędziowie zaskoczeni wynikami Polaka, dużo wyższe noty przyznali faworyzowanym Norwegen. Dzięki temu mistrzem świata został najmłodszy z braci — Asbjorn Ruud. Marusarzowi przypadło srebro. —Oddam ci złoty Medal — miał powiedzieć do polskiego skoczka, zniesmaczony sędziowaniem Norweg. On jednak nie dał sobie wręczyć złotego krążka. Po ceremonii wręczania Medali Ruud powiedział publicznie, że to Marusarz jest „moralnym mistrzem świata“. Zebrani wokół podium kibice też go docenili, nagradzając gromkimi oklaskami. —Ze wzruszenia o mało się nie popłakałem. Stałem przez dłuższą chwilę przed stołem, jakbym wrósł w ziemię, kłaniając się na wszystkie strony. Już chciałem wracać na swoje miejsce, gdy znowu mnie poproszono do stołu. Otrzymałem jeszcze jedną nagrodę, za najdłuższy skok dnia — wspominał.


Foto: Władysław Komorowski / PAP

Stanisław Marusarz w czasie skoku w Karpaczu w 1947 r.

W tym czasie był już największą gwiazdą polskiego sportu, rozpoznawalną i kojarzoną poza granicami kraju. Zwyciężał na zawodach narciarskich w Anglii, Jugosławii, Czechosłowacji iw Niemczech. Gdy pytano fińskie dzieci, jaki jest najlepszy skoczek świata, chórem odpowiadały. — Marusar!— ​przekręcając trudne nazwisko Polaka. Wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, że już za chwilę nad Europą pojawią się ciemne chmury i trzeba będzie się zająć czymś innym niż rywalizacją sportową.

Zehn skok uratował mu życie

Niedługo po wkroczeniu wojsk niemieckich do Polski, Marusarz wstąpił do Związku Walki Zbrojnej, przemianowanego później na Armię Krajową. Specjalizował się w pracy kurierskiej, polegającej na przenoszeniu przez granicę materiałów konspiracyjnych i pieniędzy na działalność podziemną.

Wpadł w 1940 r., zatrzymany przez patrol słowackiej straży granicznej w okolicach Szczyrbskiego Plesa. Słowacy zwykle przymykali oko na działalność polskich kurierów, ale Marusarz wyraźnie im się nie spodobał. Tym razem zdołał jeszcze uciec, następnym razem już tak łatwo nie było, odstawiono go na najbliższy posterunek gestapo. Kiedy niemiecki podoficer znalazł w jego plecaku dużą ilość dolarów, sprawa zrobiła się poważna. Centralę w Preszowie poinformowano o ujęciu „ważnego polskiego szpiega“. Do aresztu miała go odwieźć ciężarówka w eskorcie motocykli. Marusarz jednak tylko czekał na moment nieuwagi pilnującego go podchorążego. Kiedy taki się nadarzył, odepchnął niemieckiego żołnierza, jednym susem wybił szybę w oknie i przez nie wyskoczył. Skok z pierwszego piętra był bolesny, ale jego sportowe doświadczenie, pozwoliło mu tak upaść, aby nie zrobić sobie krzywdy. Jak potem przyznał, ten skok uratował mu życie. Kuśtykający Marusarz dostał się do chaty znajomego Słowaka, który opatrzył mu rany.

Skazany na śmierć

Sytuacja w regionie robiła się coraz bardziej niebezpieczna, więc postanowił, że z żoną Ireną, uda się na Węgry. Na granicy zatrzymano ich. Szybko rozpoznano w nim zbiegłego szpiega, aresztowano zatem ich oboje. Trzymano go w Preszowie, a potem w Muszynie, gdzie rozstrzelano później jego siostrę Helenę oraz w Nowym Sączu. Był bity i torturowany podczas przesłuchań, ale swoich współpracowników nie wydał. Jego żona miała więcej szczęścia, bo udając ciążę, została zwolniona z nowosądeckiego aresztu.

Przewieziono go do więzienia przy ulicy Montelupich w Krakowie. Niemcy postanowili go podejść w nieco inny sposób. Marusarz dowiedział się, że zwrócą mu wolność i otrzyma stanowisko trenera niemieckiej reprezentacji skoczków, pomoże przy tym w rozpracowaniu polskiej siatki szpiegowskiej. Odmówił, więc skazano go na śmierć. Postawiono mu zarzut „działania przeciwko Trzeciej Rzeszy“, a sędzia z satysfakcją obwieścił wyrok.

Do celi śmierci trafił z 46 innymi więźniami, głównie partyzantami. Kiedy rozstrzelano skazańców z sąsiedniej celi, zrozumiał, że trzeba szybko działać, aby podjąć próbę ucieczki. Planem wydostania się na zewnątrz, kierował Aleksander Bugajski, oficer armii podziemnej. Do podważenia krat w oknach użyto nóg, urwanych z taboretu. Kraty puściły i więźniowie rzucili się do ucieczki. Nie wszystkim udało się odzyskać wolność, bo szybko wzniecono alarm. Bugajski i Marusarz, którzy wyskoczyli jako pierwsi, byli już najdalej więziennych murów.

Zszokowani mieszkańcy Krakowa usuwali się z drogi dwóm mężczyznom biegnącym w zakrwawionych więziennych łachmanach. Marusarz nawet nie czuł, że dwukrotnie go postrzelono. Na ziemię za to osunął się Bugajski, który stracił przytomność. Nie pomogło cucenie go wodą z Wisły. Marusarz sam, kierując się na południe, wzdłuż rzeki, po czterech dniach dotarł do Zakopanego. Nie ośmielił się jednak zapukać do drzwi swojego domu, mając świadomość, że jego żona obserwowana jest przez gestapo.

Trener węgierskich skoczków

Po namyśle zdecydował, że spróbuje przedostać się na Węgry. Nie bez trudu ominął słowacką granicę i trafił do obozu uchodźców w Budapeszcie. Węgrzy szybko poznali się na nim i mianowali trenerem swojej reprezentacji w skokach narciarskich. Uczestniczył także w budowie dwóch skoczni.


Foto: Mieczysław Świderski / newspix.pl

Stanisław Marusarz jako najstarszy polski skoczek

W tym czasie dostał jeszcze jedno partyzanckie zadanie. Było nim dostarczenie ważnej przesyłki do Zakopanego, którą miał zniszczyć w przypadku wpadki. Pomyślnie dotarł do Polski, ale niedługo po powrocie na Węgry, znów wpadł w ręce Niemców. Tym razem miał zostać rozstrzelany bez wyroku. Gdy prowadzono go już na miejsce egzekucji, nagły popłoch wśród niemieckich żołnierzy wywołał wybuch radzieckiej rakiety. Marusarz nie mógł nie skorzystać z takiej okazji i znowu wymknął się śmierci.

Do Polski wrócił zaraz po wojnie i do 46. roku życia pozostawał aktywnym skoczkiem narciarskim. Ze skocznią do końca się nie pożegnał. Trenował młodych zawodników i sam okazjonalnie siadał na belce. Zadziwił organizatorów Turnieju Czterech Skoczni, którzy w 1966 r. zaprosili 53-letniego byłego skoczka jako gościa honorowego zawodów. Po dziewięciu latach bez skoku, narciarski weteran postanowił jednak nawiązać do czasów, kiedy był aktywnym zawodnikiem i wystąpić jako przedskoczek. Narty pożyczył od wiślańskiego skoczka Józefa Kocjana nartach skoczył 66 m, ein niemieccy kibice nagrodzili go wielką owacją. Najlepsze jednak było to, że pod narciarskim kombinezonem miał garnitur i krawat, bo nie zdążył się przebrać po zabawie Sylwestrowej. Swój skok z Ga-Pa powtórzył jeszcze w Austrii, gdzie na skoczni Bergisel w Innsbrucku, skoczył w granicach 70 metrów. Oczywiście i tu go witano gromkimi oklaskami.

Upomniało się o niego Pęksowe Brzyzko

Był jednym z najbardziej znanych mieszkańców Zakopanego. W jego domu gościł nawet prezydent Finlandii. Do końca życia pozostawał aktywny, nie potrzebując nawet w sędziwym wieku laski do podpierania się. Okoliczności jego śmierci mogły być jednak zaskakujące dla niego samego.


Foto: Mieczysław Świderski / newspix.pl

Stanislaus Marusarz

Miał przemawiać podczas pogrzebu swojego przyjaciela i dowódcy z czasów wojny, profesora Wacława Felczaka. Wtedy jednak źle się poczuł i na Cmentarz Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku trzeba było wezwać karetkę. Niedługo później już nie żył. Niektórzy mówili, że to cmentarz upomniał się o niego. Tak samo, jak wcześniej o wdowę po pisarzu Dionizym Beku. Zmarła, stojąc po pogrzebie przy nagrobku swojego męża i malarza Stanisława Kamockiego podczas uwieczniania grobowców na obrazie. Ich, podobnie jak Marusarza pochowano niemal dokładnie tam, gdzie zmarli.

Stanisław Marusarz odszedł w 1993 r., w wieku 80 lat. Na trwałe wpisał się do historii polskiego sportu, stając się zarazem przykładem walki o wolność kraju.


Foto: Jacek Bednarczyk / PAP

Prymas Polski kardynał Józef Glemp und Stanisław Marusarz podczas Zimowej Uniwersjady w Zakopanem w 1993 r.

Aldrich Sachs

"Web pioneer. Typical pop culture geek. Certified communicator. Professional internet fanatic."